środa, 22 lipca 2015

I

Trzask mechanicznego budzika przerwał krąg moich snów, a raczej koszmarów. Spojrzałam na zegarek. 6:00. Spałam dwie godziny, to dobry znak. Jest coraz lepiej. Powoli usiadłam na łóżku, opuszczając moje nogi na zimne podłogę. Był czerwiec, a w moim pokoju nadal panowała wieczna zima. Nic się tutaj nie zmieniło. Wiele razy rozważałam przeprowadzenie gruntowego remontu, ale zawsze coś mnie powstrzymywało. W każdym, nawet najmniejszym zakamarku tego pomieszczenia znajdowała się jakaś historia, wspomnienie, o którym za wszelką cenę nie chciałam zapomnieć.
Sięgnęłam po małe, białe pudełeczko, stojące na szafce nocnej. Wysypałam na rękę trzy małe tabletki które już po chwili wylądowały w moim przełyku. Nie potrzebowałam już nawet wody do popicia. Łykałam te małe kapsułki jak cukierki. Trzy razy dziennie. Czy pomagały? Trudno stwierdzić, ale próbowałam w to uwierzyć. Chciałam w to wierzyć.
Zsunęłam się z łóżka i powolnym krokiem ruszyłam w kierunku łazienki. Odkręciłam prysznic i upłynęło cztery, może pięć minut zanim woda stała się ciepła. Gdy skończyłam już swoją poranną toaletę, która składała się z mycia zębów, suszenia włosów, czesania wróciłam do pokoju wybrać rzeczy. Nienawidziłam mojej łazienki, dlatego tak bardzo zależało mi by jak najszybciej opuścić to pomieszczenie. Wszędzie były lustra, a ja nienawidziłam swojego widoku. Nienawidziłam swojej bladej cery,zapadniętych,  podkrążonych oczu i włosów pozbawionych blasku. Nienawidziłam osoby, którą się stałam.
Podeszłam do szafy i od razu sięgnęłam po szarą, luźną bluzę i czarne, krótkie spodenki. Mój wzrok przykuła czerwona tkanina, wisząca na jednym z wieszaków. Powoli złapałam za skrawek materiału, tym samym przyglądając się niegdyś, mojej ulubionej sukience. Dawno nie miałam na sobie niczego wyszukanego, dziewczęcego. Momentalnie zamknęłam szafę, której dźwięk obudziłby całe osiedle... gdyby ktokolwiek tu mieszkał...ale nie było tu nikogo. Zostałam sama. Tata wyjechał do Ameryki, a mama, stosując się do zaleceń lekarzy znalazłam mi nowy dom. Małą chatkę, położoną w malowniczym otoczeniu. Leśne zwierzęta to jedyni moi sąsiedzi. Od kilku miesięcy jedyną osobą, która mnie odwiedza jest moja psychoterapeutka - Pani Jones. Podobno samotność  była jednym z najważniejszych etapów walki z depresją. Kiedy to wszystko się zaczęło? Można by pomyśleć, że w dniu, gdy ktoś zniszczył mnie jednym słowem "nie" postawionym przed "kocham cię", ale ten dzień był tylko zapalnikiem. Wszystko zaczęło się dużo wcześniej...
Początki terapii były ciężkie. Przystosowanie się do leków, odizolowanie  od znajomych, których szczerze, mówiąc nie zostało zbyt wiele, ciągłe wizyty w klinice. Kiedyś myślałam, że byłoby lepiej, gdybym odeszła. Nie potrafiłam znieść tych wszystkich spojrzeń, uśmiechów i tego widoku mojej matki, gdy dowiedziała się, że jestem chora. W tym momencie nienawidziła mnie. Wiem to. Widziałam to w jej oczach, z których emanowało rozczarowanie i obrzydzenie. Według niej jestem czarną owcą naszej jakże "perfekcyjnej' rodziny, która tak naprawdę nigdy taka nie była. Rodzice już od kilku lat nie mogli się ze sobą dogadać, dlatego ojciec otworzył nowe biuro w Ameryce, zostawiając nas całkiem same, a raczej mnie. Mamy nigdy nie było. Ciągłe wywiady, konferencje i zebrania. Nie przeszkadzała mi to. W końcu byłam panią własnego losu. Zawsze dostawałam tego czego chciałam, to była rekompensata rodziców za to, że mają mnie gdzieś. Moją pasją była fotografia. Kochałam to. Zdjęcia były jak namacalne wspomnienia. Na moje 17 urodziny ojciec podarował mi studio fotograficzne, zatrudnił ludzi i tak stałam się właścicielką miejsca, w którym poznałam Go.
Teraz, jedynym sposobem na wyładowanie emocji jest sport. Biegam codziennie rano, przemierzam tą samą ścieżkę. Pomaga mi to pozbyć się natłoku myśli. Już miałam wychodzić, gdy usłyszałam pukanie do drzwi. Zamarłam. Dzisiaj środa, doktor Jones przychodzi w piątki. Chyba mam jakieś halucynacje, przecież  nikt prócz niej mnie nie odwiedza. Powoli podeszłam do drzwi i pociągnęłam za klamkę.
- Cześć.- w progu ujrzałam znajomą mi twarz, a do oczu napłynęły mi łzy. Naomi. To na prawdę ona. Nie dowierzałam własnym oczom, dopóki blondynka nie zamknęłam nas w ciasnym uścisku. Nie widziałam jej od ostatniej wizyty w klinice, kiedy doktor zadecydował o mojej izolacji od świata.
- To naprawdę ty?- zaśmiałam się. Pierwszy raz od kilku miesięcy czułam coś innego niż ból.
- Jak się czujesz Jessie? Strasznie schudłaś.- zmierzyła mnie wzrokiem. -Ty w ogóle coś jadasz?  Muszę gruntownie przebadać stan twojej lodówki i to wcale nie dlatego, że jestem strasznie głodna.- zaśmiała się, a ja przez chwilę poczułam się jak kiedyś...
Nic się nie zmieniła, no może z wyjątkiem włosów, które są o wiele dłuższe. Ta sama uśmiechnięta i zwariowana blondynka co zawsze.
- Chcesz coś do picia? - spytałam, gdy Naomi penetrowała moje mieszkanie.
- Nie, jestem tylko głodna. - otworzyła lodówkę - Ładny domek, ale okolica przerażająca. Nie mogłabym tu zmrużyć oka. Jak ty tu tyle wytrzymałaś? Podziwiam. Butelki wody? Serio? - Naomi skarciła mnie wzrokiem. - Przynajmniej już wiem dlaczego jesteś taka chuda.
- W górnej szafce są krakersy. - rzuciłam nieśmiało. Prawda jest taka, że od kiedy biorę leki nie mam apetytu. Nic mi nie smakuje.
- Okey. - dziewczyna wzięła głęboki wdech - Po drodze wstąpimy do jakiegoś baru.- westchnęła. - Mam nadzieję, że jesteś już spakowana.
-Spakowana? - powtórzyłam ze zdziwieniem
-No tak, dzisiaj zabieram Cię do domu. Do prawdziwego domu. - nie mogłam uwierzyć w jej słowa. To koniec samotności?
- Nie miałam pojęcia. - oparłam głowę o ścianę i powoli zamknęłam oczy. Wracam do domu.
- No to w takim razie, musimy Cię spakować. - blondynka klasnęła w dłonie. - Mamy dużo roboty, a musimy wyrobić się przed zmrokiem. Wiesz, że nie lubię jeździć nocą. Chodźmy! - pociągnęła mnie za rękę.
Wszystko działo się tak szybko. Naomi zaczęła pakować wszystkie moje ubrania do walizek, a ja stałam i wpatrywałam się w nią jak na na wariatkę.
- Pomożesz mi, czy będziesz się tylko patrzeć? - zaśmiała się i rzuciła we mnie jedną z moich sukienek. - Przebierz się.- puściła mi oczko. Bez wahania wykonałam jej polecenie. Widok jaki ujrzałam w lutrze nie był zadawalający. Sukienka była o wiele za duża. Nie mogłam uwierzyć, że jeszcze kilka miesięcy temu była przyciasna. Zrezygnowana wróciłam do pokoju, który był już prawie pusty.
- Jak zrobiłaś to tak szybko?- spojrzałam na blondynkę.
- Lata praktyki - rzuciła dumnie - Życie na walizkach ma swoje zalety. -  jej głos przepełniony był smutkiem
- Jak to?- spytałam zajmując miejsce na podłodze tuż obok niej
- Razem z Tommy'm wyjechaliśmy do Ameryki. Przez jakiś czas mieszkaliśmy razem, ale nic z tego nie wyszło. Zrozumieliśmy, że to nie ma sensu, więc wróciłam do Londynu. - westchnęła.
- Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że wy..., że ty i ...
- Tak, zerwaliśmy. - odparłam jakby to nic dla niej nie znaczyło. Jak zawsze zbyt dumna by okazywać emocje.
- Przykro mi. - spuściłam wzrok na swoje palce. Naomi i Tommy byli parą od 5 lat. Wytrzymali ze sobą pięć lat, podczas gdy inni normalni nastolatkowie zmieniali swoich partnerów jak rękawiczki oni nadal trwali, a teraz tak po prostu zerwali.
- No, nieważne. - dziewczyna podniosła się z ziemi. - Zaniosę to do samochodu. - sięgnęła po torby
Podczas gdy Naomi pakowała walizki, ja postanowiłam zająć się łazienką. Wrzuciłam wszystkie swoje kosmetyki do najmniejszej z toreb i zaniosłam ją przyjaciółce.
-Zgaduję, że wodę i krakersy zostają tutaj? - zaśmiała się blondynka, wkładając ostatnie pudło do bagażnika. - To chyba wszystko. Możemy jechać.
- Moment!- rzuciłam - Zapomniałam telefonu! Za chwilę wrócę! - szybko wbiegłam do mieszkania, ostrożnie oglądając się dookoła. Gdy upewniłam się, że jestem sama, odsłoniłam ogromny dywan, spoczywający na zimnych płytkach, pokrywających korytarz, tym samym odkrywając zamaskowane wejście. Pociągnęła za klamkę i po cichu zeszłam schodami w dół. Ciemnia. Będę za nią tęskniła. Wiem, że psychoterapeutka  kazała mi spalić wszystkie zdjęcia i porzucić fotografię, ale ja nie potrafię. Te dla wielu osób nic nieznaczące ilustracje są moimi przyjaciółkami. Przez ten cały czas miałam tylko je. Często ożywały w mojej wyobraźni. To było jedyne wyjście by choć przez chwilę utrzymać sen na jawie. Chciałam się pożegnać. Rozejrzałam się dookoła, tysiące zdjęć, które budowały moje sacrum. Zamknęłam oczy i ostatni raz zachłysnęłam się tym chłodnym i mokrym powietrzem.
- Wiedziałam, że to kiedyś nastąpi. - podeszłam do małego biurka i otworzyłam szufladę, w której znajdowało się Jego zdjęcie i Mój pistolet. - Wkrótce znowu będziemy razem. Obiecuję.